Rozsypane myśli, troche wspomnień, fotografii i emocji, które wypełniają moje życie na Wyspie.
piątek, 05 lutego 2010

Zanim się zamknę z przytupem, zostawiam drzwi otwarte na tydzień. Z wielu powodow, ale ten najgłówniejszy z głównych jest dość banalny – sama siebie cenzuruję pisząć na otwartym blogu, a to trochę się mija z celem.

Z zasady blog ma w czymś pomagać, być jakimś śladem na piachu czy jakoś tak. Taki cenzurowany nie pomaga. Może trochę, ale ‘obrabianie’ notek jest dla mnie takim trochę gipsowaniem już pomalowanej ściany mówiac obrazowo. A odkrywać się tak stuprocentowo i publicznie jakoś nie mogę, choć pewnie jakaś dawka emocjonalnego ekshibicjonizmu gdzieś tam we mnie jest. I nie że jakies straszne rzeczy mam do powiedzenia, nie w tym rzecz. Raczej w tym, ze niech czyta kto mnie choc wirtualnie trochę zna. Tak chyba będzie lepiej.

No to tyle na dziś. Odliczamy.

 

22:25, nastunia81
Link Komentarze (8) »
sobota, 30 stycznia 2010

Pochorowałam sobie za 3 lata, ale ostatecznie każdy katar się kiedyś kończy. Nie było mnie w pracy zaledwie półtora dnia i O Matko Boska jaki dramat. Towarzystwo obrażone, bo przecież jak tak można. No normalnie, bywa i nie mój problem że Państwo się przyzwyczaiło, że ja nie choruję. Z zasady. Nieprzyjemne to było, nie powiem - ale miałam to tak bardzo w poważaniu, że w zasadzie nie zauważyłam kiedy przestali strzelać fochy. Aaaa tam, są ważniejsze katastrofy na tym świecie. 

A później zakopałam się w robocie po czubek nosa. Nie wiem co jest, że początek roku jest tak straszliwie zawalony, że na siku nie mam czasu. Przy czym żyję nadzieją, że później będzie luźniej, a jakoś nie jest. W okolicach lipca jest jakby czym oddychać, a poźniej od września do grudnia tylko mgnienie oka i Hapi Nju Jer. Nie wiem... może ja tracę poczucie czasu czy co?

No ale, wygrzebałam się nieco, tak więc wracam na łono blogusia. Oj zaniedbany mój mały światek...  

Bywałam w kinie. Tak się jakoś złożyło, że 3 filmy widziałam w ciagu kilku dni. Wszystkie trzy in plus:

- 'Avatar' - piękny, kolorowy, ale też prosty i lekkostrawny. Mogłam spokojnie jeść żelki i zerkać rozbawiona na współoglądaczy zastanawiając się, czy ja też tak śmiesznie wyglądam w tych trójwymiarowych okularach.

- 'It's complicated' - zabawny, prosty i przewidywalny. Ot przyjemny filmik na zmęczony wieczór. Znowu wcinałam żelki, delektując się obrazem i potakując sama sobie, że taki właśnie będę miała dom jak bohaterka którą zagrała M.Streep. Zawsze ją lubiłam (M.Streep, nie bohaterkę) i jak narazie tak mi zostanie. 

- 'Sherlock Holmes' - a tu to się zakochałam na zabój. Filmik mniami, główny bohater jak brzytwa, kompletnie zmienił moje wyobrażenie o tej postaci, oraz był tak uroczo nieznośny i ekscentryczny, że do dziś mam marzenia senne. Ależ! Jak będzie na DVD nabędę z pewnością oraz będę się wpatrywać. 

Oprócz tego uskuteczniam wyczyny basenowe, a jak już uda mi się pozostać nań solo (przynajmniej na mojej części) to pływam z podwójną przyjemnością. Mój standard na teraz to 34 długości - niewiele jak na początek, ale to nie wyścigi przecież. I już nawet przyzwyczajam się wolniutko to tego całego zamieszania z czepkami, okularami, suszarkami i tym całym teatrem przed- i po- pływaniu. I gdybym tylko miała  jeszcze ciut więcej czasu na basenowe odwiedziny... ech no.

A i jeszcze pewna znajoma, z pędzlem i tuszem poćwiczyła pewnej słonecznej niedzieli swoje umiejętności artystyczne na mojej facjacie. Nie tylko na mojej, bowiem dzień był przemiły i babski do granic. Ubawiłyśmy sie przednie, przez jedną chwilę czując się jak te wszystkie top models w wersji bez PhotoShopa. O. szlifowała swoje skills jako make-up artist ku naszej uciesze. Czułam się trochę jak nastolatka i już zapomniałam jakie to fajne być w babskim gronie i po prostu przez chwile zwyczajnie fajnie się bawić. Do tego gospodarze poczęstowali pyzami z kapustą czerwoną, co dopełniło mojego szczęścia. A tu proszę, moje oko. A nawet dwa oka. 

 Miewam ładne oczy. Nieprawdaż? :)  

czwartek, 14 stycznia 2010

Jedyny plus przeziębienia, które właśnie mnie morduje, jest sporo czasu na czytanie. Na dzierganie natomiast nie mam siły oraz kicham z częstotliwością 50 razy na minutę, więc trzymanie drutów na przykład jest jakby trudne. Nie poszłam do pracy. Miałam bowiem do wyboru: albo się poczołgam i będę udawać bohaterkę albo skapitulouję od razu i włożę ciepłe skarpety. Jak widać wybrałam skarpety. Założę się, że mój przełożony szczególnie zachwycony nie był, ale mam to bardzo, bardzo, bardzo gdzieś. Przynajmniej chwilowo.  

Boli mnie głowa. I nos. Właściwie już nie mam nosa. I każda kosteczka też mnie boli. Oraz każdy mięsień.

Oraz gdy jestem chora zawsze płaczę i użalam się nad sobą i nad tym jaka jestem biedna - bez ograniczeń. I jestem w stanie zagryźć każdego, kto powie, że to nieprawda i że (nie daj Boże) przesadzam. Nie podchodzić, pozwolić się wypłakać, wysmarkać i wyspać. Ostatecznie kiedyś każdy katar się kończy, choć ja jestem przekonana, że jutro umrę.

Nie choruję. Z zasady nie choruję. Od zasady bywają odstępstwa. Niestety. 

 

Z powodu zimy w Irlandii, nabrałam szalikowych zapędów... To zanim zaczęłam umierać. Co prawda niedokończony jeszcze, zwykły jak niewiemco, oraz miekki, ciepły i puchaty.

  

18:58, nastunia81
Link Komentarze (7) »
niedziela, 10 stycznia 2010

A w minionym tygodniu odbyły się drugie Święta, te ju bardziej moje. Taka trochę powtórka z rozrywki - ale tym razem ja wcieliłam się w rolę Przyjmującej Gości. I dopiero jak zaczęłam planować wszystko: obrusy, serwetki, nakrycia, cuda-wianki - zdałam sobie sprawę od jak dawna nie przyjmowałam gości. Naprawd. Zdziczałam strasznie, bo nagle okazało się, że zapomniałam jak ładnie złożyć serwetki, albo w którą stronę ostrze noża, albo okazało się że brakuje mi jednego widelca - jeny no! Zaczęłam też się trochę przejmować czy wszystko wyjdzie dobrze, czy nadążę z odgrzewaniem potraw, czy nie pomieszam kolejności, czy zdążę zmywać na bieżąco nakrycia - bo przecież nie mam siedemnastu kompletów talerzy, a dań było prawie dziesięć. Zaznaczam, że pierogi wykonałam własnoręcznie - nie że jakieś gotowce z polskiego sklepu, tak? Przy okazji i obowiązkowo w sobie właściwym stylu pół mieszkania zasiałam mąką, bowiem przecież na przykład dzwonił mi telefon, oraz trzeba było włączyć płytę w kolędami i piać przy lepieniu pierogów 'Li-li-li-li Laaaaaajjjjjjj....' Dzięki Bogu sąsiedzi w ściany nie dudnili - i niech by tylko spróbowali! Oraz gołąbki zrobiłam własnoręcznie w sosie pomidorowym zwłaszcza, żeby nie było że oszukuję. Z ryżem tylko, pieczarkami i cebulką. Postne, ale pycha przyznam nieskromnie. Co wyrabiałam z głową kapusty, żeby ja porządnie sparzyć to ja tylko wiem - ale gdyby to ktoś nagrał i wrzucił na YouTube to gwarantuję, że ilość wejść na filmik byłaby pokaźna. No ale akrobacje kuchenne rzecz wskazana przecież.  

Wszycy przeżyli. Ja również. Było bardzo miło, niemal rodzinnie. Poźniej odbywały się wygłupy z mikrofonem, bowiem postanowiłam zaśpiewać gościom kilka 'moich' kolęd. Głos niećwiczony niestety 'zaśniedział', barwa już nie taka czysta no i z pełnym żołądkiem to można z kotami maiuczeć a nie śpiewać, ale oj tam. Nikt nie narzekał, ba nawet tu i uwdzie zauważyłam że nóżki tupały w rytm mjuzika. Fajny wieczór, dużo fajnych emocji, dużo śmiechu i serdeczne pożegnanie. A potem dziękowałam Niebiosom, że posiadam urządzenie zwane zmywarką. Co prawda część tylko wstawiłam do maszynki - resztę szybciutko ręcznie, ale zawsze coś. I padłam.

A dziś mam 3ci dzień świątecznych uniesień, więc leniuchuję bez wyrzutów. Trochę dziergam, trochę czytam a przy tym raczę się pysznościową herbatką, którą dostałam bodaj z Holandii... somsiady przywiozły z wyskoku weekendowego jakiś czas temu. No i zaparatem się trochę oswajam, więc... 

Wczoraj za to w ramach mojego noworocznego odchamiania się wyskoczyłam w E. na kawkę i ciaścio. Milutki wieczór i tak sobie pomyślałam wracając super-ostrożnie do domu (bo ślisko jak diabli!!), że bardzo dziwnie splatają się ludzkie losy. I mój też splata się z różnymi ludźmi - żaden natomiast, jestem pewna, nie jest przypadkowy. Czerpanie siły i radości z małych i pozornie błahych rzeczy, gestów, spotkań, dobrej kawy jest bezcenne i nikt nie przekona mnie że to czcze gadanie. E. przyniosła mi tonę książek, sól do kąpieli i chyba z dziesięć maseczek, żebym  się dopieszczała bezgrzesznie. I cicho sza - już zaczęłam! :) 

Oraz noworocznie wreszcie zainaugurowałam sezon basenowy. Nie że sikam do basenu, tylko uczęszczam z somsiadkom na pływalnię. Jest pińcset róznych innych rzeczy, ktore w tym kompleksie sportowym można jeszcze robić jak yoga, tenis, squash, siatkówka, i tak dalej - ale nie wszystko naraz, nie? Narazie basen a dalej się zobaczy. Pierwszy raz był supcio, gdyby nie to że w czepku i pływackich goglach wyglądam jak ufoludek na kacu. Ale tłumacze sobie, że tam piękna być nie muszę i lepsze gogle niż czerwone jak królik oczy. Chociaż ja wiem... 

No i tak to. Styczeń mamy, w robocie nabieramy rozpędu, tylko mnie się zupełnie rozpędzać nie chce. W Dublinie zima stulecia, pieknie jest i puchato, ale tubylcy w ciężkim szoku. Nie prezeszkadza im to niestety wciąż spacerować w samym dresie, lub jeździć na rowerze w szortach (nie żartuję). Takie obrazki już mnie nie wruszają, ale jak widzę dzieci ubrane w wiosenne, cieniutkie kurteczki, bez czapek, szalików, rękawiczek - wszystko to przy -2 w porywach do -10 - to ciśnie mi się parę niecenzuralnych na usta... Cóż, mogę tylko poobserwować w niesmakiem. Niestety. 

To idę dopijać herbatkę. Pyszną.   

wtorek, 29 grudnia 2009

Uszka z barszczem się odbyły, prezenty też, kapusta z grzybami made by Zenon oraz pierniki na choince, polukrowane, dyndające światecznie... Makowiec się odbył, zawijany ajakże, nasączony, z wdzięczną żurawinką na grzbiecie.

Leniwe Świeta. Trochę z ludźmi, trochę sama ze sobą - zdrowa równowaga. Nieco czasu dla siebie, na proste acz fajne rzeczy typu wrzosowy lakier na paznokciach lub maseczka jogurtowa na zmęczonej twarzy. Wieczór z przyjaciółmi, łamany opłatek, jakieś wruszenie chyba cichutkie, ciepłe słowa i życzenia. Prawdziwe. 

 

Kubasek herbaciany, do napoju parzenia, prawdziwy, z siteczkiem. Śliczny.

Czekałam na ten czas miedzy innymi dlatego, by odpocząć. A czym Ty się tak zmęczyłaś? - powiedziałaby teraz moja Mama. Kochana Mama. Życiem Mamo. Życiem dla innych, gimnastykowaniem się dla innych, uszczęśliwianiem innych. I tym cholernym poczuciem ograniczenia, że przecież mogę być szczęśliwa, ale najpierw muszę przełamać tę niemoc, zrzucić tę skorupę, w której wyrosłam, a którą tak boleśnie się zrzuca. Trzeba mi spokoju i trochę odwagi - później już będzie tylko lepiej. Mam wielką potrzebę, żeby wszyscy zostawili mnie w świętym spokoju. Co niniejszym czynią i chwała im za wyrozumiałość.

Oraz poszłam w miasto za ciosem - bo wyprzedaże Panie. Recesja kurde szpic. Tłumy to mało powiedziane. W mieście są mega-tłumy, jakby ktoś tym ludziom płacił za bieganie za złasnym ogonem z obłędem w oczach. Rozpacz, słowo daję - co się z tym światem porobiło? Spierniczałam stamtąd co sił w obcasach, zaraz jak tylko nabyłam jegomościa, który mi nie dawał spokoju już od dłuższego czasu... Nikodema [D80]. Ot taki Nikoś Malusieńki, o prosz:

 

Nikoś Malusieńki, leży nagusieńki...

 

 

 

I ryjek wystawia wdzięcznie.

 

To co? Zaczynamy zabawę. Sporo muszę się jeszcze nauczyć, ale w tym cała frajda - ciekawe czy zostaniemy przyjaciółmi.

Nie mogę w to uwierzyć, że za chwilę zacznie się Nowy Rok. Tyle jeszcze mam do zrobienia...

 

17:27, nastunia81 , Refleksje
Link Komentarze (3) »
czwartek, 24 grudnia 2009

Wam i sobie, wszystkim duszom, które zagladają w ten kącik internetu, wszystkim którzy przychodzą tu celowo lub zabłądzą, tym którzy czytają z ciekawości, nudy albo może z sentymentu, tym dla których jestem tylko nickiem, albo twarzą, albo żywą istotą, tym którzy sa ateistami, protestantami, katolikami, muzułmanami, prawosławnymi, lub wyznawcami dowolnej religii... 

życzę spokojnych i radosnych następnych kilku dni, pysznosci świątecznych lub nie-świątecznych , tradycyjnych lub całkiem nowych,

ciepła na sercu i dłoniach, miłości od bliskich nam osób, tego poczucia, że nigdy nie jesteśmy sami i nigdy, w żadnej sekundzie nie jest przecież tak, że nikt nie dba czy istniejemy, bo zawsze komuś jednak zależy, ktoś kocha lub myśli nawet jesli czasem tylko z ukrycia,  

życzę poczucia, że jesteśmy wyjątkowi i ważni, każdy z osobna i wszycy razem,

życzę wzruszenia, bo rodzi sie Dzieciątko Boże - tym którzy wierzą, a tym którzy nie wierzą - po prostu wzruszenia bo ludzie na chwile zwolnili, ubrali się odświętnie i starają się być inni, lepsi choć ten jeden raz w roku,

życzę uśmiechów bez wysiłku, dobrych słów i serdeczności, wszedzie tam, gdzie tak bardzo ich brakuje.

W Nowym Roku - pomyślnosci, wyprostowania tego, co zawikłane, nowych wyzwań i siły by stawić im czoła, radości a smutkow tylko takich które nas wzbogacą, prawdziwych ludzi wokół nas, prawdziwych uczuć i tego poczucia  że jutro też jest dzień... być może lepszy.

 

11:56, nastunia81 , Refleksje
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 21 grudnia 2009

Coś tu z moją systematycznością pod górkę ostatnio... No bywa, wcale nie mówię, że dobrze mi idzie no, ale się staram. A starania się docenia.  

Ale miało być o dylematach. No więc gołębiem pocztowym dostałam wiadomość, że pojawiła się na horyzoncie dość ciekawa praca. Dosłownie to samo poletko, na którym teraz dzielnie robię popisy, ten sam obszar, ta sama branża, może dywizja lekko inna, ale pod logiem tego samego Wielkiego Brata, więc nie że całkowita wyprowadzka, tylko lekka zmiana klimatu. Oferta pojawiła się i owszem publicznie, po czym migiem przesłano mi wymagania, opis stanowiska pracy, zarys obowiązków i grupę zaszeregowania czyli ile pieniążka za tę harówę... Wyzwanie fajne, szansa fajna. No bo:

- zmiana środowiska - bardzo ważny argument

- zmiana otoczenia - nowe twarze, nowe pomysły, czas na zmiane?!

- szansa by zacząć od nowa - tu się zastanawiałam, czy chcę, bo ledwie się przyzwyczaiłam do tego szpetnego Dublina, a tu trzebaby spakować walizeczki trzy i jazda przed siebie z biletem w kieszeni...

- bądź co bądź awans patrząc w kategorii stanowiska - o próżności moja! No dobra, ale to był stosunkowo słaby argument, w porównaniu do innych.

- krok do przodu w kwestii auto-rozwoju (a nie jak dotąd autdestrukcji! ;)) - tu mocno rozważałam, bo znowu musialabym wziąć się ostro do pracy i hit the ground running, bo na przyuczenie nie byłoby zbyt wiele czasu, poza tym ja nie lubię być nemo nawet przez chwilę, więc nie lada wyzwanie. A ja wyzwania i owszem jak wiadomo.

- szansa na pokazanie środkowego paluszka mojemu obleśnemu szefowi oraz bezRękiemu, którzy notorycznie, wyczynowo wręcz uprawiają unikanie wszelkiego wysiłku, a zwłaszcza intelektualnego

- świadomość, że mam naprawdę spore szanse, żeby to stanowisko dostać, bo miałam czym powalczyć. I to mnie chyba najbardziej męczyło, bo naprawdę poczułam się silną kandydatką w razie czego, a wiadomo wzmocnienie pewności siebie jest u mnie chwilowo wielce pożadane. No więc fajnie.

No i chyba najważniejsze to to, że taka okazja może się prędko nie powtorzyć.

Ale...

Jedno małe, tyciusieńkie ale postawiło wszystko za szybą, jak zabawki w Pewexie, kiedy byłam małą dziewczynką i sobie można było co najwyżej porozważać i pooglądać. Tak.

Ta praca była w Polsce, w Warszawie. Wiązała się z przeprowadzką jak wiadomo i jakimś tam ryzykiem, bo niestety sektor finansowy dziś jest średnio stabilny. No i jakby na to nie patrzeć wywaliłoby mi to życie prywatne - i tak już mocno rozpirzone - do góry kopytkami. I teraz tak: iść w to, łapać ryzyko, zamknąć dublinski rozdział, wytrzeć osmarkany nos i nie patrzeć za siebie, spakować się i wrócić do mojej nie-mojej Polski? Próbować zmierzyć się z tym od nowa, może polska rzeczywistość jakoś mnie ukoi? Próbować przekonać się, czy Dublin bardzo mnie zmienił, czy tylko trochę? Czy czas na takie eksperymenty?

Zmagałam się z tym tydzień. Zrobiłam listę za i przeciw, wypisałam najbardziej nawet absurdalne rzeczy, typu 'nie lubię urzędów skarbowych' oraz 'w Dublinie kazdy róg jest zasikany'... Co lepsze jak w każdej tego typu sytuacji, nikt nie był w stanie mi powiedzieć 'Idź w to, warto', bo jednak to moja decyzja. No zgadza się, ale przysięgam zaczynam marzyć o tym, żeby ktoś czasem wziął mnie na szczerą rozmowę i powiedział mi bez pieprzenia o dupie maryni: słuchaj zrób tak i tak, bo nie mogę patrzeć jak się męczysz. Podejmowanie decyzji to ostatnio moje przekleństwo, ja mam być guru i wyrocznia i czym tam jeszcze sobie Pańswto życzą - mam decydować o przyszłości mojej i nie-mojej, ba mam to zrobić tak żeby było właściwie, z gwarancją szczęścia dla wszystkich, żeby ładnie wyglądało i było dobrze, i ekonomicznie, i logicznie, i poprawnie, i jeszcze nie wiem co. Kuźwa no. Tak mnie poniosło trochę...

No w każdym razie, nie był to dobry moment na taki losowy cukieras, bo jak widać jestem lekko niezdolna do racjonalnych analiz z sensem, tudzież nie mam chwilowo jasności widzenia. Przejściowe. Mam nadzieję. 

No więc jednak poskładałam swoje rozprawki, włożyłam do kartoinowego pudła z napisem 'pamiątki' i zdecydowałam nie aplikować. Zato zaaplikowałam sobie samotną kawę - posiedziałam przy maciupeńkim stoliczku merdając w parującej latte, gapiąc się na ludzi i cichaczem smarkając w zmiętą chusteczkę, bo mi sie oczy zmoczyły jakoś. To nie był dobry moment, to po prostu nie był dobry moment, ale ciągle jeszcze czuję taki niedosyt, że jednak zrezygnowałam. Zupełnie wbrew mojej dotychczasowej naturze, ale może właśnie tak trzeba się poczuć czasem? To nie był dobry moment, po prostu.

Ufff. Czasem jednak jest ciężko. Wbrew dziarskiej minie i pozornej pewności siebie piegowatej, pyskatej Babeczki, która zerka na mnie w lustrze, gdy robię rano makijaż.       

niedziela, 13 grudnia 2009

Szybki update w nawiązaniu do notki poniżej: prezentacje przeżyłam. Nie zanotowałam specjalnego entuzjazmu słuchających, ale powiedzmy że byłam na to psychicznie przygotowana. Może gdybym zaczęła śpiewać, wywijac hołubce albo coś to publiczność by się ożywiła, no ale umówmy się, że nie było to miejsce na takie popisy.

Oraz upiekłam ciasto. Co prawda musiałam robić dwa podejścia, bo oczywiten jedyny raz kiedy ktoś CZEKAŁ na rezultat mojej cieżkiej cukierniczej harówki, masa mi się zawodowo rozjechała i odmówiła przyjęcia stanu skupienia masłopodobnego. Tak więc teatranie walnełam ciastem w kosz i w proteście wyszłam z kuchni ofuczana. Wróciłam tem dopiero następnego dnia, bo mi sie kaaaawy chciało. Ostatecznie ciasto dotarło do biura, ponoć smakowało - ale głowy bym nie dała - może tylko z grzeczności cmokali. Piekłam to - proste jak drut i jeśli nie przesadzi się z cukrem smakuje zupełnie znośnie. To tyle tytułem apdejtu.

A dziś mam już prawie za sobą bardzo spokojny weekend. Robiłam dokładnie to, na co miałam ochotę, co nie znaczy, że cały weekend przeleżałam z ogórkami na oczach i odziana w biały szlafroczek. Pichcilam coś ciągle, czytałam dużo, trochę drutowałam, trochę poodrabiałam zaległości blogowe, poszłam na spacer.I czułam się z tym naprawdę dobrze. Taki 'me-time' jak mawiają lokalni - trochę spokojnego czasu ze sobą, żeby pogadać na osobności z własnym sumieniem i pomyśleć co dalej. Zbliża się koniec roku, a ja już tak mam w swoim DNA, że robię podsumowanie, takie post-mortem mijającego roku i opracowuję strategię na Nowy. Potrzebuję teraz trochę czasu i spokoju, żeby właśnie takie post-mortem zrobić i naszkicowac jaką mapę na przyszłe parę miesięcy chociaż, bo na lata się już nie odważę. Zazdroszczę ludziom, którzy żyją po prostu na bieżąco, nie robią planów, nie wybiegają za daleko w przyszłość. Biorą dni jak lecą i wyciskają je jak świeże pomarańcze. Ja tak nie potrafię i przestałam już sobie wmawiać, że potrafię. I już nawet nie w tym rzecz, że planuję a potem sztywno się tego trzymam - raczej chodzi o to, że czuję się bezpieczniej wiedząc do czego dążę, nawet jeśli to tylko szkic, zarys jakiś niewyraźny. Gdy takiego zarysu nie mam, czuję że tracę mnóstwo energii, plączę się i tracę czas... Może to i głupie takie, ale wszelkie opinie w tej sprawie in plus i te in minus nie są w stanie zmienić mojej natury. I basta. 

Przez miniony tydzień natomiast zmagałam się z dość sporym dylematem. Decyzja w jedną lub drugą stronę, zmieniłaby moją codzienność diametralnie. Wciąż jeszcze nie zdecydowałam, więc napiszę dopiero kiedy klameczka zapadnie. I jedną tylko refleksyjkę mam tyciusieńką - Los często podsuwa nam niespodzianki, takie cuper-oferty nawet jeśli czasem ich nie dostrzegamy, ale też równie często robi to w NAJMNIEJ odpowiednim momencie. A może to tylko moja percepcja? Może to tylko ja mam take kulawe szczęście? No ale niby lepiej mieć kulawe, niż nie mieć go wcale? Hm... sama nie wiem... 

23:54, nastunia81 , Refleksje
Link Komentarze (3) »
wtorek, 08 grudnia 2009

Paskudna sprawa. Jutro mam prezentację nt. sankcji finansowych. Temat nie powiem - ciekawy, ale dla takich zboczeńców jak ja, a nie dla Pani Jadzi z działu X, która to woli debatować z koleżanką z boxu obok ceny indyków i inych już nielotów u lokalnego rzeźnika. Prócz rzeczonej Pani Jadzi i jej podobnych, będzie grupka młodych siusiar, które miarowo acz skutecznie wklepuja do systemów setki cyferek, marząc o kolejnej imprezie zakrapianej, przecenach po-światecznych oraz by Ollie z wystającym zgryzem wygrał xFactor. Przy tym prezentację przygotowal bezRęki mój kolega zacny, co to jest ksiązkowym przykładem nieroba. Porażającym wprost. Skutek jest taki, że slajdy są naszpikowane tekstem jak dobra kasza skwarkami i kurka nic nie widać na tych slajdach, no nic. Kolega chciał błysnąc erudydycją wspomaganą, więc posłużył się tekstami wprost ze stron rządu US tudzież innych Instytucji... że też ta prezentacja nie wpadła w moje pazurki zanim dostała ostateczne 'OK' od szefa!!! Nic by z niej nie zostało, tylko na główki - przysięgam. A tak została ta hybryda paskudna i męcz się człowieku, łam sobie język, śpiewaj i tańcz żeby Pani Jadzia na sankcjach finansowych nie drzemała, a siusiary nie oglądały swoich nowych tipsów. O Mamusiu!

Nie martwi mnie zupełnie, że wyczują gdzieś w okolicach 3-4 slajdu, żem jest obca, bo akcentu nie schowam jeszcze dlugo-długo. Ale nie lubię takich publicznych popisów i bezbarwnych twarzy gapiących się cholera-wie-gdzie. Ale mam taka naturę niestety, że przygotowuję się do takich rzeczy dość sumiennie, więc od godziny namiętnie gadam do ściany i się wymóżdżam jakie do sankcje są ważne i w ogóle. Z naciskiem na 'o ogóle' oczywiście. I wiem na milion procent, że nikt się tak nie podnieca tylko ja. O naturo moja!!! Ochrypłam od tego recytowania i taki z tego pożytek. Nie-cierpię-prezentacji-jak-nie-wiem-co!

Oraz w ramach integracji pracowej, mamy działowy Bake-off. Znaczy każdy piecze ciasto z założenia domowe, przynosi je do pracy (wg. grafiku naturalnie, a nie że wszyscy naraz) i karmi wygłodniałych i kwiczących współpracowników. Potem są zachwyty, zaglądanie w wypieki, cmokanie i inne teatralne popisy, w których szczerość nie wierzę ani ciut. Na końcu okresu ciastkowego nastepuje głosowanie oraz wybór najlepszego popisu. W minionym roku wygrało coś, czego nie umiem opisać inaczej jak super-słodkie babeczkopodobne niewypały. Było to brązowe (wnioskuję że jednym ze składników było kakao), bardzo słodkie, przełożone białym kremem - jeszcze słodszym, w którym to kremie zgrzytał na zębach nieroztarty cukier, z książkowym wręcz zakalcem oraz lepiące się do zębów przy próbie pogryzienia. No FUJ, bo inaczej tego nie określę. No i to coś wygrało, jako najlepszy wypiek. I słowo daję do dziś nie pojmuję o co chodzi z tym ich gustem, bo niektóre ciasta były naprawde dobre. No ale co tam ze mnie za autorytet...

Tak więc w tym roku popisy cukiernicze continjud. W nosie mam wygraną, ale żeby nie było że się nie integruję, jutrzejszy wieczór przeznaczam na bliższe spotkanie 3 stopnia z mikserem, piekarnikiem i tuzinem jaj. Nie jestem mistrzem pieczenia i już nawet nie chodzi o to, że nie lubię - po prostu nie piekę i już. Sama za słodyczami nie przepadam, a wyrzucanie połowy blachy ciasta rani moje uczucia do żywego, bo dzieci w Afryce głodują, tak? Więc dziś gadam do ściany, jutro będę gadać do miksera. A pojutrze zamkną mnie w zakładzie dla osób psychicznie chorych - w razie czego apeluje się o odwiedziny, regularne dostarczanie książek oraz czekolady gorzkiej.

A dziś dostąpiłam zaszczytu darmowej przejażdżki tramwajem, ktory to od dziś kursować będzie aż prawie do dublińskiego portu. I alleluja, w razie niepogody (czyli jakieś 360 dni w roku) mogę wskoczyć w tramwaj i dojechać prawie pod główny budynek gdzie z przyjemnością robię prezentacje dla Pani Jadzi & siusiar oraz dostarczam ciasta Made by Nasty dla wygłodniałych współpracowników. Co za czasy Panie!

To co, ja już pójdę pogadać do ściany może...

23:32, nastunia81
Link Komentarze (5) »
piątek, 04 grudnia 2009

Jeśli teraz zacznę opowiadać, co się działo to wyjdzie mi brazylijski serial, super -tandetny ale jakże życiowy w swej wymowie. Ach! Więc oszczędzę sobie, bo i po co rzuć te szmaty po raz brazylionowy. Wystarczy, za prawdę wystarczy gdy powiem, że ostatnie 2 m-ce mojej egzystencji, to pasmo zmian tych namacalnych, widocznych gołym okiem, oraz tych światopoglądowych, których nie widzi nikt poza mną i bardzo kilkoma nieco wtajemniczonymi osobami. Tak, no i teraz wyszedł mi kod, którego nikt nie rozumie. No dobrze, chwilowo niech tak zostanie.

Zacznijmy zatem od nowa. To znaczy ja zaczne. To znaczy już zaczęłam, dokładnie 2 m-ce temu. A nie, przepaszam jutro stuknie 2 mce. Uczczę to zsiadłym mlekiem i zagryzę bananem. Te dwa miesiące to bodaj naważniejsza i jak dotąd najbardziej radykalna rewolucja w moim życiu. Taka, której wiele osoób nie pojęło, wiele bez wstępu przeszło do oceniania czy źle czy dobrze, czy właściwie, czy moralnie, czy wypada, czy tak można... tylko kto ich upoważnił? Doprawdy nie wiem. Przez te dwa miesiące czułam się jakbym na imię miała Upadła Kontrowersja... nawiasem mówiąc imieniny miałam niedawno... śmiesznie tak, nikt poza jedną duszą nie pamiętał. Nawet rodzice. Ale nie bądźmy drobiazgowi. No więc dostałam kolbą w plecy ostro od rodziny - nie powiem zabolało do utraty tchu, ale prawda jest taka, że rodzina/ rodzice to jedyne jednostki w życiu, które mogą nam za przeproszeniem wylać wiadro pomyj na głowę, a my i tak wybaczymy kiedyś... Aktualnie czekam na to 'kiedyś'.

Myślę intensywnie czy się przypadkiem blogowo nie schować. A to z wielu powodów, dla przykładu chcę 'się wypisać' bo mi to dobrze robi, acz publicznie jakoś woni ekshibicjonizmem. Pomyślę. Może tu zostawię robótki, włóczki i inne, a zniknę za kurtyną gdzieś? 

Święta idą. Pełzają, jak dla mnie. Nie czuję ich w tym roku, może dlatego że dotąd (za) mocno się starałam by je czuć? Nie wiem. Nawet kolędy jednego roku piałam sama, po spożyciu 12stu własnoręcznie ugotowanych potraw dla nas dwojga, przy miniaturowej choince mrugającej uroczo - oj żal mi siebie dziś jak pomyślę. No nic - mam postanowienie takie, że nigdy w życiu niczego już nie będę udawać - ani tego, żem szczęśliwa, ani tego że jest fajnie, ani tego że klimat jest generalnie tylko muszę się jeszcze mocniej postarać - a klimatu nie było ani ciut.  

 Coś mi tu wymowa wyszła taka gorzkawa... A ja chciałam taki mini kam-bek zrobić. Oj tam, napiszę jutro co w robocie i dlaczego mam stres patrząc na piekarnik.

Cudnie jest. 

21:51, nastunia81
Link Komentarze (7) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8